Strony

niedziela, 13 lipca 2014

Ogłoszenie

Wiem, że prawdopodobnie narobiłam tym postem smaku osobom, które czekały na informację dotyczącą publikacji opowiadań z tego bloga - od razu zaznaczę więc, że ogłoszenie dotyczy czegoś innego.

W związku z tym, że wielu z Was nadal pisze do mnie z prośbą o udostępnienie "Every Me", wielu z Was chciało także otrzymać rozmaite opowiadania z bloga w postaci pdf, informuję, że założyłam konto na serwisie, na którym można wydać własne ebooki -> Silencio

Już możecie znaleźć tam "Every Me", a jeszcze dziś pojawi się tam także "Chaos". Oba opowiadania zostaną poddane edycji - to jest pojawią się akapity i wyczekiwane przez wielu spacje przed myślnikami (miejscami podwójne, wybaczcie ;))), niestety jeśli chodzi o kwestię błędów, zwłaszcza w przypadku pierwszego opowiadania, nie da się ich uniknąć - korekta całości kosztowałaby mnie majątek.

Nie ukrywam, że jest to dla mnie sposób na pozyskanie funduszy, dzięki którym będę w stanie poświęcać pisaniu więcej czasu niż obecnie - przede mną ostatni rok studiów, czasu coraz mniej, zaś wydatków coraz więcej, stąd też częściowo ta decyzja. Oczywiście zaznaczam od razu, że "Chaos" nie zniknie z tego bloga, pozostanie tu w niezmienionej wersji, przynajmniej przez najbliższy czas.

Jeśli będziecie zainteresowani opowiadaniami w takiej wersji, z chęcią dodam tam też zbiór one-shotów i inne zakończone twory.

Zaś w kwestii opowiadań... Nadal Astargot i pewien tajemniczy one-shot dla pewnego tajemniczego kogoś, który na pewno zostanie dokończony do października.

Dziękuję Wam za uwagę i pozdrawiam serdecznie.

Silencio.

piątek, 31 stycznia 2014

WAŻNE

Witam.

Chciałabym napisać, że mam dobre wiadomości, ale obawiam się, że dla zdecydowanej większości z Was takie one nie będą. Wielu z Was prawdopodobnie spodziewało się, że taki dzień nadejdzie i mieliście rację. Odkąd skończyłam "Every Me", każde jedno opowiadanie, które zaczynałam na tym blogu miało być tym "jedynym", które przykuje moją uwagę i zainspiruje mnie na tyle, bym była w stanie pisać je regularnie, nie narzekając przy tym na brak chęci i weny. Niestety, za każdym razem wychodziło inaczej. Miałam wrażenie, że może po prostu nie jestem osobą, która potrafi się skoncentrować na jednej tematyce aż tak mocno, zawsze miałam zbyt dużo pomysłów i nie do końca potrafiłam to wszystko uporządkować. Zmieniło się to w momencie publikacji "Chaosu". To było pierwsze opowiadanie, które pisałam regularnie, z dużą chęcią, bardzo wczuwając się w przedstawiony w nim świat oraz relacje łączące obu bohaterów. Już w trakcie "Chaosu" zadecydowałam, że nie opuszczę tych realiów i będę pisała kolejne opowiadanie w nich umiejscowione - "Astargota". Okazało się, że "Chaos" nie był wyjątkiem od reguły, ale po prostu przełomem. Mimo iż z początku pisanie "Astargota" szło mi opornie, obecnie mam dwudziestorozdziałowy zapas, który stale się powiększa. Pisanie "Astargota" niewątpliwie wiąże się dla mnie z licznymi frustracjami, ale dawno już żadne opowiadanie nie sprawiało mi tyle radości i satysfakcji. Problem jednak w tym, że o ile byłam w stanie pogodzić pisanie "Chaosu" z innymi opowiadaniami, o tyle z "Astargotem" jest znacznie trudniej.

Nie wiem czy to element dojrzałości, chwilowa fanaberia czy może to opowiadanie jest dla mnie najzwyczajniej w świecie tak ważne, ale nie jestem dłużej w stanie pogodzić prowadzenia wszystkich tych historii. Nie dlatego, że nie miałabym na to czasu - przeciwnie, jak wspominałam, mam duży zapas, do wielu opowiadań z tego bloga mam napisane plany rozdziałów czy nawet fragmenty samych rozdziałów i właściwie od dłuższego czasu pisałam w taki właśnie sposób, nie w tym jednak sęk. Sęk w tym, że takie pisanie nie sprawia mi przyjemności. Gdy tylko kończę rozdział "Astargota", właściwie zmuszam się, by napisać cokolwiek innego. Nie mam na to ochoty, nie mam weny i nie czuję nawet takiej radości z komentarzy czy rozczarowania z ich braku jak niegdyś. Zauważyłam, że moje opowiadania zaczynają we mnie budzić irytację - najpierw "Wyzwanie", później kilka kolejnych. Już wcześniej myślałam poważnie nad zawieszeniem tego bloga, ale zawsze coś mnie powstrzymywało. Jednak liczne okoliczności i przerwa w pisaniu spowodowana sesją właściwie jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że tak właśnie należy postąpić. Nie tęsknie za pisaniem poszczególnych opowiadań z tego bloga i zaczyna mi do nich brakować sentymentu. Może już to odczuliście dostrzegając spadek jakości, jeśli nie, zapewne odczulibyście to za jakiś czas. Nie będę uderzać w patetyczne tony i mówić, że "tak będzie lepiej dla wszystkich", bo nie jestem zwyczajnie w stanie tego stwierdzić. Mogę powiedzieć jedynie, iż z mojej strony to racjonalna decyzja, niepodyktowana emocjami, podjęta chyba w rzeczywistości już bardzo dawno temu, ale odkładana z licznych przyczyn - niechęci rozczarowania czytelników, strachu, obawą przed zmianami.

Nie zamierzam usuwać tego bloga. Nie deklaruję, że zawieszam go na zawsze bez możliwości powrotu. Mam sporo rozpoczętych one-shotów, a te zdarza mi się pisać długo, choć ostatecznie je kończę (jak na przykład "Jasona", którego całą koncepcję, a nawet niektóre fragmenty miałam przygotowane jeszcze na wiele miesięcy, a nie wiem nawet, czy nie dłużej, przed ostateczną publikacją), więc nie ukrywam, iż prawdopodobnie się tu pojawią. Oprócz tego mam też fragmenty innych rozdziałów, niektóre prawie skończone czy ukończone do połowy - kto wie, może pewnego dnia dokończę je i tutaj wrzucę. Może też wena w rzeczywistości powróci i wkrótce będę pisać tu jak wcześniej, jednak nie jest to żadnego rodzaju obietnica, której można by się trzymać. Jak wspominałam, bardzo przemyślałam tę decyzję i gdybym miała jakiekolwiek wątpliwości, wstrzymałabym się z nią. Teraz jednak "Astargota" traktuję jako swoje najistotniejsze opowiadanie, a przeskakiwanie co chwila z tematyki na tematykę zaburza jedynie moje skupienie i nie pozwala mi się należycie skoncentrować na głównym wątku opowiadania.

Zdaję sobie sprawę, że zawieszenie by-silencio wiąże się z utratą wielu czytelników, którzy nie czytają "Astargota", a może nawet tych, którzy do tej pory go czytali, od razu jednak zaznaczam, że mimo iż jestem świadoma odczuć części z was związanych z tą sprawą, złości czy smutku, nie poddam się żadnego rodzaju emocjonalnym szantażom - nie żebym z góry zakładała, że ktoś z Was zamierza robić coś podobnego, pozytywnie zaskoczyło mnie spokojne przyjęcie wiadomości o "Wyzwaniu", ale z drugiej strony spotykałam się z histerycznymi reakcjami przy błahostkach w porównaniu z tym, co ogłaszam dzisiaj, więc muszę to brać pod uwagę. Jeśli chcecie napisać o swoich odczuciach w komentarzu - bardzo proszę. Jeśli macie ochotę skontaktować się ze mną osobiście, przez maila czy gadu-gadu, nie ma najmniejszego problemu. Musicie jednak wiedzieć, iż w tym momencie nic nie zmieni mojego zdania co do podjęcia tej decyzji.

Jest mi smutno, że pewien etap mojego pisania dobiega końca, ale z drugiej strony czuję ulgę. To właściwie wszystko, co mogę napisać o samym zawieszeniu i jego przyczynach. Część z Was zapewne je zrozumie, część nie. Ta decyzja wiąże się jednak z pewnymi zmianami, o których poinformuję za dwa tygodnie, przy publikacji kolejnego rozdziału "Astargota" (za moment na blogu pojawi się jego dwunasty rozdział). Chodzi o zmianę częstotliwości ukazywania się tego opowiadania.

Dodatkowo chciałam zamieścić jeszcze jedną informację, bo to pytanie stale przebija się tu w komentarzach, a nie chciałabym, żeby przeniosły się one też na "Astargota".
Jeśli ktoś chce otrzymać opowiadanie "Every Me" niech napisze do mnie na maila. Nie zostawi maila w komentarzu, ale napisze na maila do mnie - najczęściej czytam komentarze kiedy jestem na uczelni, często też robię to w pośpiechu, bo zawsze jestem ich ciekawa, a akurat pojawiło się coś nowego, ale nie mam jak odpisać czy nie mam na to czasu, a później po prostu o tym zapominam. Usunęłam też "Every Me" na blogspocie, ponieważ wiązało się to jedynie z nieskończonymi pytaniami o to, kiedy dodam kolejne rozdziały, a skoro oczywistym jest, iż nie zamierzam tego robić, nie ma potrzeby, żeby ten blog dłużej tam był i wzbudzał nadzieję osób, które chciały go przeczytać w takim formacie. Raz jeszcze - osoby zainteresowane niech piszą do mnie na maila. Jeśli nie otrzymacie odpowiedzi w ciągu kilku dni, prawdopodobnie wylądowaliście w spamie - w takim wypadku skontaktujcie się ze mną przez gadu-gadu. Po prawej stronie znajdziecie wszelkie niezbędne dane kontaktowe.

O wszelkich innych zmianach będę informować na bieżąco, choć te, które dotyczą mojego drugiego opowiadania będą się pojawiały od tej pory na tamtym blogu.

Dziękuję osobom, które czytały i komentowały tego bloga, a także przyczyniły się niewątpliwie do jego rozwoju. Do mojego rozwoju również.

Pozdrawiam serdecznie.

Silencio

sobota, 11 stycznia 2014

Ogłoszenie

Po pierwsze przypominam, że termin nadsyłania prac do konkursu upływa 31 stycznia.

Po drugie z racji tego, że pewnie jak wielu z Was mam teraz masę zaliczeń i zbliża się sesja, nie mam pojęcia, jak będzie z publikacjami na tym blogu. Jeśli chodzi o drugiego bloga mam naprawdę spory zapas, ale tutaj muszę pisać na bieżąco, a co za tym idzie może się zdarzyć, że będzie kilkudniowe opóźnienie albo rozdział nie ukaże się wcale. Oczywiście o wszystkim postaram się na bieżąco informować.

Po trzecie zaś w pierwszej kolejności (nie wiem kiedy) pojawi się tutaj Edmund, a później prawdopodobnie "You Found Me".

piątek, 3 stycznia 2014

21. Szczerość [LPoH]

Obudziłem się rano tak szczęśliwy, jak chyba nigdy wcześniej. Tak szczęśliwy, że aż trudno było mi uwierzyć, że to wszystko zdarzyło się naprawdę i zapewne gdyby nie widok śpiącego smacznie u mojego boku Andy’ego, uznałbym, że był to tylko jeden z moich specyficznych snów. Przez dobre kilkadziesiąt minut leżałem nieruchomo na posłaniu, wpatrzony w plecy rudowłosego, rozmyślając o nim, o sobie, o nas… Wspomnienia z zeszłego wieczoru powracały do mnie raz po raz, nasze wspólne chwile, jego pocałunki, dotyk, ciepło jego wnętrza, błysk w jego oczach, sposób w jaki na mnie patrzył, zupełnie inaczej niż dotychczas, wywołując dreszcze… Zagryzłem wargę w mimowolnym uśmiechu, po czym raz jeszcze spojrzałem na śpiącego chłopaka, a następnie ostrożnie wysunąłem się z łóżka, starając się go nie zbudzić. Wyjąłem z szafy potrzebne ubrania, by moment później po cichu opuścić sypialnię.
Przeszedłem do łazienki, gdzie wziąłem prysznic i ubrałem się, a później skierowałem się do kuchni, by zrobić śniadanie – nic wymyślnego, raptem kilka kanapek z dżemem, bo niewiele więcej dało się wyczarować z naszych obecnych zapasów, przy niedużym wysiłku, choć już sam fakt, iż nie była to zwyczajowa jajecznica powinien ucieszyć Andy’ego. Rudowłosy wciąż nie wstawał, więc postanowiłem znaleźć dla siebie jakieś zajęcie. Uprzątnąłem większą część mieszkania, a gdy i z tym się uporałem, obejrzałem nawet fragment telewizyjnego programu, mogąc przy tej okazji nasłuchać się o zbliżającym się porodzie jakiejś celebrytki, zjadaniu łożysk, skutecznym sposobie na pozbycie się plam z wina, nowej płycie znanej i lubianej piosenkarki (… dobry Boże, w życiu o niej nie słyszałem), a także porad na temat kuchni włoskiej, kontrolowania własnych dzieci tak, by nie były tego świadome oraz nieregularnej menstruacji. Cóż… Poranek jak co dzień, chciałoby się rzec, poza faktem, że było już solidnie po jedenastej, a Andy wciąż jeszcze się nie obudził. Nasłuchiwałem ze zniecierpliwieniem jakichkolwiek odgłosów z sypialni, ale nic nie wskazywało na to, że chłopak wstał. To było dziwne. Ja zazwyczaj wstawałem wcześniej od niego (w ogóle miałem w zwyczaju budzić się z samego rana), ale on również nie spał długo i o tej porze był już zwykle na nogach.
Wpadłem na pewien pomysł i wróciłem do kuchni. Wyjąłem z szafki tacę, by położyć na niej talerz z kanapkami, a także świeżo przygotowaną herbatę, a następnie ruszyłem z tym w kierunku sypialni, powoli i ostrożnie, dokładając wszelkich starań, aby całość ne wylądowała zaraz na posadzce albo, co gorsza (biorąc pod uwagę gorącą ciecz), moich nogach. Do pokoju dotarłem bez większych problemów, więc chyba powinienem był pokładać większą wiarę w swojej koordynacji ruchowej. Odłożyłem tacę na stolik, a następnie przysiadłem na łóżku, by nachylić się nad leżącym plecami do mnie rudzielcem.
-Andy…- szepnąłem mu miękko do ucha, nim złożyłem na jego skroni delikatny pocałunek. Nie wiedziałem czy budzenie go jest dobrym pomysłem, ale spał już tak długo… A poza tym, nie będę ukrywał – zdążyłem się już za nim stęsknić i jakoś trudno było, bez niego, mi znaleźć dla siebie miejsce, zwłaszcza po tym, co zdarzyło się wczoraj.- Pora wstawać…
Rudowłosy poruszył się niespokojnie. Uchylił powieki i zerknął na mnie kątem oka.
-Co jest, Mitch?- zapytał nerwowo.- Co się dzieje?
Uśmiechnąłem się lekko dochodząc do wniosku, że musiałem go nieco zdezorientować i wytrącić z równowagi tą pobudką.
-Przyniosłem śniadanie- oznajmiłem pogodnie, mając nadzieję, że ta informacja szybko postawi go na nogi i poprawi mu humor.
Rzeczywiście, przez moment Andy sprawiał wrażenie spokojniejszego, niemalże jakby mu ulżyło, choć to raczej trudno było uznać za normalną reakcję na przyniesienie posiłku. Przewrócił się na plecy, a następnie podciągnął do pozycji siedzącej. Sięgnąłem po tacę i ułożyłem ją ostrożnie na jego udach w taki sposób, by mieć pewność, że nic co się na niej znajduje lada chwila się nie przewróci.
-Smacznego- rzuciłem.
Rudzielec jednak nie sprawiał wrażenia, jakby miał zamiar cokolwiek zjeść. Właściwie nie sprawiał nawet wrażenia, jakby w ogóle był głodny, wprost przeciwnie, skrzywił się lekko widząc przed sobą talerz pełen kanapek. Zdziwiło mnie to. Zwykle o tej porze jadł wszystko, cokolwiek mu przygotowałem, a nawet więcej – często prosił o dokładki albo sam coś sobie przygotowywał. Tak czy inaczej, rano miał duży apetyt. Choć szczerze mówiąc – zawsze go miał. Tym razem było inaczej. Może spowodowała to nagła pobudka, może po prostu nie czuł się najlepiej, ale widziałem, że jest jakiś nieswój. Poirytowany. Nerwowy.
Po długiej chwili wahania, chwycił w końcu kubek herbaty. Podmuchał kilkukrotnie gorącą ciecz, a następnie ostrożnie upił kilka drobnych łyków. Wiedziałem, że na resztę nie ma najmniejszej ochoty, więc odłożyłem tacę z powrotem na stolik, by mu nie przeszkadzała.
-Jeśli masz ochotę na coś innego, powiedz. Choć szczerze mówiąc, nie licząc kilku zamrożonych pizz i tony słodyczy, nie zostało wiele rzeczy, z których mógłbym przygotować coś na śniadanie…- zaśmiałem się lekko. Andy nawet nie zareagował. Czułem, jak mój poranny entuzjazm zaczął gwałtownie zanikać.- Możemy iść na zakupy. Albo, jeśli wolisz, przejść się do jakiejś kawiarni czy restauracji…- wymieniałem, starając się natrafić na cokolwiek, co mogłoby poprawić rudowłosemu nastrój.
Bezskutecznie.
Chłopak uśmiechnął się kwaśno.
-No, proszę, Mitch…- rzucił chłodnym, pełnym politowania tonem.- Jedno ruchanko i już stajesz się milszy, co…?
Aż zaniemówiłem z wrażenia, gdy usłyszałem te słowa.
-A… Andy!- wydusiłem z siebie, kompletnie zszokowany.- O czym ty mówisz?- zapytałem bez zrozumienia. Przecież moja propozycja nie była w żaden sposób niestosowna i nie miała najmniejszego związku z tym, co się między nami wydarzyło. Po prostu chciałem go rozweselić.
-O niczym- wycofał się natychmiast.- To był tylko taki żarcik, nie musisz się przejmować…- dodał po chwili, śmiejąc się wymuszenie.
… Nie. Wcale nie był.
Przyglądałem się Andy’emu z uwagą, pełen obaw. Znałem go już wystarczająco dobrze i wiedziałem, kiedy żartował. Wiedziałem kiedy ze mnie kpił i kiedy mnie prowokował, jeśli nie w momencie gdy to robił, to przynajmniej uświadamiałem to sobie zaraz po fakcie. Ale coś takiego…? To nie był żart. To była złośliwość. Nawet nie drobna, na jaką niekiedy sobie pozwalał, chcąc podnieść mi ciśnienie albo mając zły humor. Ale czysta, kąśliwa złośliwość, która musiała mnie trafić, a on musiał sobie z tego zdawać sprawę.
-Andy, co się dzieje?- zapytałem niepewnie, gdy w końcu otrząsnąłem się z szoku.- Jeśli zrobiłem coś, co cię zdenerwowało…- zacząłem powoli. Liczyłem, że jakoś się do tego ustosunkuje. Potwierdzi, zaprzeczy, powie cokolwiek, ale ten uparcie milczał, wprawiając mnie jedynie w coraz większą dezorientację i niepokój.- … to przepraszam- dokończyłem wreszcie.- Wiesz, że tego nie chciałem.
-Wiem- odparł rudowłosy tonem, który zmroził mnie od środka. Spojrzenie, jakim mnie w tym momencie obdarzył było jeszcze gorsze.- A wiesz dlaczego…?
Pokręciłem głową, nie mając pojęcia co odpowiedzieć.
-Bo powiedziałeś, że mnie kochasz- stwierdził dobitnie Andy, wciąż patrząc na mnie w ten specyficzny, niecodzienny sposób. Z mieszaniną wyczekiwania, irytacji i strachu… O co mogło chodzić?- Tak powiedziałeś, prawda?- dopytał, a jego słowa zabrzmiały jak zawoalowane oskarżenie.
-Tak- odparłem cicho.
-I mówiłeś prawdę?
-Oczywiście- zapewniłem.
Rudzielec milczał przez długą chwilę. Nie wiedziałem, czy takiej właśnie odpowiedzi się spodziewał. W ogóle nie wiedziałem, czego ode mnie oczekiwał. Chciałem rozumieć jego zachowanie i być się w stanie do niego ustosunkować, ale w tym momencie czułem się kompletnie zagubiony. Wracałem wspomnieniami do zeszłego wieczora, do naszych ostatnich wspólnych chwil, nim obaj zasnęliśmy, ale nie mogłem się w nich dopatrzeć niczego, co mogłoby zdenerwować chłopaka, zwłaszcza do tego stopnia.
-Wierzę ci, Mitch- rzucił w końcu, choć uśmieszek, jaki błąkał się na jego wargach odbierał jego słowom jakąkolwiek powagę. Brzmiały one niemalże kpiąco.- Wierzę ci, że mnie nie okłamujesz. I że naprawdę mnie kochasz. Tak bardzo, że byłbyś w stanie zrobić dla mnie wszystko…- dokończył prowokująco.
-Oczywiście, że tak!- zapewniłem go bez chwili wahania.- Andy coś się stało?- zapytałem, teraz już naprawdę przerażony.- Masz jakieś problemy? Potrzebujesz pomocy? Proszę, powiedz mi.
Rudzielec zawahał się, ale w końcu otworzył usta, a mnie wydawało się, że lada moment usłyszę wyjaśnienie. Zaraz jednak uśmiechnął się tylko i odłożył kubek na drugi stolik, po czym przysunął się do mnie, by się we mnie wtulić. Objąłem go ramionami, wciąż nie czując się ani odrobinę spokojniejszy.
-Potrzebuję tylko ciebie- odpowiedział szeptem chłopak. Jego ciało było pełne napięcia i sztywne. On sam, mimo tego, że się do mnie przytulał, wydawał się być nienaturalnie zdystansowany.- Czy to w porządku?- dopytał niezrozumiale.
-Tak- odpowiedziałem zdecydowanie, przyciskając go do siebie mocniej.- Tak, oczywiście, że tak.
Były takie momenty, gdy oddałbym absolutnie wszystko, by dowiedzieć się, co się dzieje w jego głowie.

Nie miałem pojęcia, co zrobić. Minęło już kilka godzin, nadeszła pora późnego popołudnia, ale Andy’emu wcale się nie polepszyło. Siedział w salonie, na kanapie, z podciągniętymi pod brodę kolanami, teoretycznie oglądając telewizję – teoretycznie, bo od kilkunastu minut nie spojrzał na ekran choćby przelotnie, a biorąc pod uwagę, że właśnie leciał jakiś program przyrodniczy, trudno było mi sobie wyobrazić, by rudzielec choćby słuchał go z zainteresowaniem. Co innego zresztą musiało pochłaniać jego myśli. W dłoni ściskał komórkę, raz po raz powracając wzrokiem do jej wyświetlacza, jakby na coś niecierpliwie czekał. Był osowiały, zniecierpliwiony i sfrustrowany.
Z początku jeszcze podchodziłem do niego, przysiadałem u jego boku, starałem się go wciągnąć w jakąś rozmowę, zapytać czy czegoś potrzebuje, dowiedzieć się, co mu jest i czy mogę w jakiś sposób poprawić mu humor. On jednak wyraźnie nie chciał mojego towarzystwa. Dałem więc temu spokój i teraz jedynie obserwowałem go z pewnej odległości, stojąc w progu kuchni i zastanawiając się nad przyczynami jego zachowania. Chciałbym móc mieć w czym wybierać, ale niestety tylko jedna odpowiedź przychodziła mi do głowy – to, że uprawialiśmy wczoraj seks. Po wszystkim rudzielec nie wydawał się na mnie zły. Raczej odrobinę skrępowany moim wyznaniem, to prawda, ale obaj zasnęliśmy w dobrych nastrojach. Później jednak nie wydarzyło się nic, co mogłoby doprowadzić go do takiego stanu. Może więc uznał, że to, co się między nami wydarzyło było błędem. Może żałował i dlatego nie chciał ze mną rozmawiać, dlatego zamknął się w sobie. A ja czułem się kompletnie bezradny.
Zaczął wybierać coś na telefonie. Musiał wysłać do kogoś wiadomość. Raz, a później drugi. Nie wiem czy otrzymał jakąś odpowiedź, czy to jej brak zirytował go do tego stopnia, że aż syknął z wściekłości, wkładając komórkę z powrotem do kieszeni spodni, a następnie kładąc głowę na kolanach i wsuwając palce obu dłoni we włosy. Zawahałem się przez chwilę, po czym ruszyłem powoli w jego kierunku. Czułem ciężar na sercu, gdy widziałem go takiego – zagubionego, zdesperowanego, wręcz pogrążonego w rozpaczy. Chciałem go rozumieć. Chciałem wiedzieć, co się dzieje, co tak bardzo go dołuje i kim jest ta osoba, z którą pisze. Ktoś z jego rodziny…? Mało prawdopodobne. Ktoś ze znajomych z klubu czy tego „hotelu”…? Mówił, że nie utrzymuje już z nimi kontaktu. Więc kto…? Ktoś, kto mu groził? Kto mógł zrobić mu krzywdę, kogo się obawiał…? Długo już żył sam, właściwie na ulicy, być może narobił sobie więcej długów i wrogów niż chciał przyznać…
-Andy…- rzuciłem cicho, zatrzymując się przy chłopaku. Cofnął ręce i podniósł głowę, by spojrzeć na mnie z wyraźną niechęcią. Zdawałem sobie sprawę z tego, że nie miał najmniejszej ochoty ze mną rozmawiać, więcej, nie miał chyba nawet ochoty mnie oglądać.- Nie jadłeś od rana. Powiedz tylko, co chciałbyś zjeść a…
-Nie jestem głodny- przerwał mi z wyraźną irytacją, jakby drażnił go sam fakt, że się do niego odzywam.
-W takim razie przyniosę ci chociaż coś do picia- odparłem.
-Zostaw mnie w spokoju, Mitch- wymamrotał, znowu kładąc głowę na kolanach.
Wróciłem do kuchni i jakbym nie słyszał jego słów, przygotowałem herbatę, a następnie przyniosłem ją do salonu i odłożyłem kubek  na stojący przed kanapą stolik. Usiadłem obok rudowłosego, przyglądając mu się z uwagą. Milczałem przez długą chwilę, usiłując zebrać myśli i po cichu licząc na to, że to on odezwie się pierwszy. Tak się jednak nie stało.
-Andy, co się dzieje…?- zapytałem w końcu z nutą bezradności w głosie.- Widzę, że coś jest nie w porządku. Jeśli mi powiesz, pomogę ci.
-Nie chcę o tym rozmawiać- odpowiedział rudzielec.
-Andy, proszę…
-Nie chcę rozmawiać- powtórzył stanowczo.
Podniosłem się i już miałem odejść, chcąc dać mu przestrzeń, której najwyraźniej potrzebował, ale coś mnie powstrzymało. Moje własne wyrzuty sumienia. Nie mogłem zostawić go w takim stanie, przyglądać mu się z daleka i czekać, aż sam zdradzi mi w czym rzecz. To nie był zwykły napad chandry czy złego humoru, który można było usprawiedliwić. To było coś innego. Znacznie poważniejszego. I choć z całych sił starałem się unikać myślenia o tym, co się między nami zdarzyło jak o przyczynie, poczułem się zobowiązany, by powiedzieć:
-Jeśli chodzi o wczorajszą noc…- Andy znowu podniósł na mnie wzrok, przyglądając mi się z uwagą i w wyraźnym napięciu, jakby oczekiwał na każde moje ewentualne słowo, gotów się przed nimi bronić lub atakować.- Może to wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Może w ogóle nie powinno było się wydarzyć. Jeśli to był błąd, powiedz. Nigdy tego nie powtórzymy. Możemy udawać, że to wszystko w ogóle nie miało miejsca.
Rudowłosy uspokoił się nieco. Parsknął, uśmiechając się pobłażliwie i pokręcił głową.
-Nie w tym rzecz, Mitch- odparł, a mnie na chwilę ulżyło.- Poza tym, gdybym powiedział coś takiego, mógłbym już pakować manatki, nie…?- dopytał zaraz złośliwie.- Choć w sumie nie mam wiele do pakowania, skoro wszystko tu jest twoje…
Zmarszczyłem brwi, mocno zdziwiony tymi słowami.
-Nie rozumiem…- przyznałem, odrobinę zdezorientowany.- Wydawało mi się, że nie raz już ci udowodniłem, że nie chodzi mi o seks.
-Mhm. Zwłaszcza wczorajszej nocy- podsumował lodowato.
Odwróciłem wzrok, czując dziwny, niemalże bolesny ucisk w okolicach przełyku.
-Ja… Ja…- zacząłem, ale z moich ust jak na złość nie chciało wydobyć się nic konkretnego. Mój głos drżał. Ja sam drżałem. Czułem, że powoli tracę nad wszystkim kontrolę.- Ja mam świadomość, że… że to mogło być odrobinę… niestosowne, ale… Ja nie chciałem tego na tobie wymuszać… To nigdy nie było moim celem, uwierz mi, proszę, nie chciałem, żebyś czuł się do czegokolwiek zobowiązany…- teraz mówiłem już niemalże jednym ciągiem, nie będąc w stanie powstrzymać natłoku słów.- Nie chciałem zrobić ci krzywdy.
Andy nie odpowiedział. Nie patrzył na mnie. Jego wargi zadrżały lekko.
-Przepraszam- dodałem po dłuższej chwili ciszy.
Zauważyłem, że oczy rudowłosego są równie zaszklone jak moje, ale nim zdążyłem cokolwiek zrobić, chłopak poderwał się gwałtownie z miejsca.
-Co robisz, Andy…?- zapytałem niemalże przerażony, również wstając i widząc, że ten zmierza w kierunku przedpokoju.
-Wychodzę- obwieścił chłodno, choć w jego głosie dało się wyczuć wyraźną wilgoć.
Ruszyłem pospiesznie za nim.
-Dokąd…?- rzuciłem bez zrozumienia, obserwując, jak zakłada buty, a następnie chwyta swoją kurtkę.
-Nie twoja sprawa.
Nie wiem co stało się ze mną w momencie gdy dostrzegłem, że zbliża się do drzwi. To były ledwie ułamki sekund. Czułem się tak, jakby coś rozdzierało moje serce na strzępy. Najpotworniejsze i najbardziej bolesne uczucie, jakiego doświadczyłem w całym swoim życiu. Miałem wrażenie, że mam zawał i że lada chwila zginę w tym cholernym przedpokoju, sam, pozwalając mu odejść, ale… Sęk w tym, że nie mogłem. Nie mogłem mu na to pozwolić. Nie mam pojęcia, co mnie napadło. Nagle, niemalże bezwiednie, jakby ktoś inny sterował moim ciałem, chwyciłem go mocno za ramiona i odwróciłem gwałtownie w twoją stronę.
-Nie!- krzyknąłem.
-Zostaw mnie, Mitch!- syknął z irytacją, próbując się wyswobodzić z mojego uścisku, ale to nie było łatwe. Bądź co bądź, był ode mnie młodszy. Mniejszy. Dużo słabszy. Zauważyłem, jak pierwsze łzy spłynęły po jego twarzy, łzy frustracji i wściekłości.
-Nigdzie nie pójdziesz!- zaoponowałem ze stanowczością i surowością, o jaką nigdy się nie podejrzewałem.- Nie dopóki mi wszystkiego nie wyjaśnisz!
-Puszczaj! Puszczaj, Mitch, nie znoszę się!
Chłopak krzyczał i szarpał się, próbując mnie odepchnąć, uderzyć, ale nic nie przynosiło rezultatu. Nagle zupełnie znieruchomiał. Rozpłakał się. Ja również nie byłem w stanie powstrzymać łez. Opadłem z sił. Osunąłem się na posadzkę i objąłem jego nogi, nie chcąc, by odszedł.
-Błagam cię, powiedz mi…- mówiłem nieustannie.- Chcę ci pomóc. Chcę ci pomóc, ale nie wiem jak, proszę, powiedz mi co się dzieje…
Klęknął przy mnie, by następnie wtulić się w moją klatkę piersiową. Pogładziłem go delikatnie po głowie. Czułem jak drży.
-Kocham cię- szepnąłem mu do ucha.- Przysięgam. Zrobię co zechcesz, powiedz tylko słowo…

Siedzieliśmy obaj na kanapie w salonie. Andy w swojej wcześniejszej pozie, trzymając w dłoni kubek z herbatą, z narzuconym na ramiona kocem, którym sam go okryłem, choć zdawałem sobie sprawę z tego, że nie drży z zimna. Ja sam, choć starałem się opanować, wciąż czułem targające mną emocje. Moje dłonie trzęsły się wyraźnie, dlatego trzymałem je zaciśnięte na kolanach, nie chcąc denerwować rudowłosego jeszcze bardziej, mając nadzieję, że ten się uspokoi. Milczałem, jedynie spoglądając na niego z uwagą, cierpliwie czekając, aż to on przemówi. Czułem ulgę, że był tutaj ze mną. Nie wiem, co by się stało, gdybym pozwolił mu odejść. Bałem się, że byłby to ostatni raz, kiedy go widziałem.
-On śnił mi się dzisiaj…- powiedział nagle cicho rudzielec.
Spojrzałem na niego pytająco.
-Kto?- rzuciłem bez zrozumienia.
Andy nie odpowiadał. Zastanowiłem się i dopiero po chwili dotarło do mnie, o kim prawdopodobnie mówił.
-Ten… chłopak…?- dopytałem ostrożnie. Rudowłosy skinął głową, a więc chodziło o chłopaka, który go porzucił. Choć powinienem raczej powiedzieć „mężczyznę”, bo nim, w przeciwieństwie do Andy’ego, który był chłopakiem, a może zaledwie chłopcem gdy zaczęli się spotykać, był. Wciąż trudno było mi uwierzyć, że ktoś zdolny byłby do czegoś podobnego. Nie chodziło przecież jedynie o to, że go zostawił, ale w jakich okolicznościach, w jakim miejscu, skazując go właściwie na życie na ulicy! To było okrucieństwo. Okrucieństwo, do którego ja nie byłbym zdolny. Niezależnie od tego, żal jaki tlił się w oczach rudowłosego nie wynikał jedynie z jego poczucia krzywdy. Już wcześniej domyślałem się, że ten wciąż czuje coś do tego człowieka. Teraz miałem pewność. Może nie powinno mnie to dziwić, wszak pewnych sentymentów trudno było się pozbyć, jednak… Miałem wrażenie, że to coś więcej. Miałem wrażenie, że on wciąż go kocha.- Dlatego się zdenerwowałeś?
Rudzielec zawahał się wyraźnie. Zagryzł dolną wargę, wolną dłonią zaczesując za ucho pasemko włosów.
-Nie wiem…- przyznał po chwili.- Kiedy mnie obudziłeś, pomyślałem sobie…- Wziął głęboki oddech.- Pomyślałem, że każesz mi sobie iść. Sam nie wiem czemu- parsknął gorzko, odwracając wzrok.- Czasem myślę o takich rzeczach. Prawie cały czas. Wydaje mi się, że ci się znudzę. I że mnie zostawisz. Nie chcę wracać tam skąd przyszedłem- dodał szeptem, wciąż na mnie nie patrząc.
-Naprawdę przyszło ci do głowy, że mógłbym cię zostawić…?- zapytałem niemalże z niedowierzaniem. To zdecydowanie nie było możliwe. Nie wyobrażałem sobie, by kiedykolwiek mógł mi się „znudzić”, a nawet gdyby coś między nami nie grało… Przecież nie wyrzuciłbym go na ulicę!- Po tym, co się wczoraj zdarzyło…?
Sądziłem, że zaprzeczy, ale ku mojemu zdumieniu skinął głową.
-Nie wiem dlaczego- odparł natychmiast, jakby czuł, że musi się przede mną usprawiedliwić.- To nie ma żadnego związku z tym, jak mnie traktujesz…- dodał, gdy otworzyłem usta, by coś powiedzieć.- Ani z tym, co działo się wczoraj. Chciałem tego. Naprawdę. Już od pewnego czasu. Sądziłem, że będę potrzebował poważnego podstępu, by cię do tego zachęcić…- parsknął cichutko, pociągając nosem.- I było dobrze. Po prostu rano… To wszystko wytrąciło mnie z równowagi. A później zacząłem myśleć o różnych, dziwnych sprawach… I… I tak to się skończyło- dokończył bezradnie, wzruszając ramionami.
-Z kim pisałeś…?- dopytałem ostrożnie.
Podniósł na mnie wzrok.
-Z moimi przyjaciółmi- odparł lakonicznie.
-Przyjaciółmi…?- Przypominałem sobie, że wspominał o znajomych, ale o przyjaciołach nie. W gruncie rzeczy mogło jednak chodzić o te same osoby.- Tymi z hotelu i z klubu…? Wciąż się z nim kontaktujesz…?
-Czasem.
Wiedziałem, że wkraczam na grząski grunt. On wyraźnie nie chciał o tym mówić, a to nie był dobry moment, by na niego naciskać.
-Rozumiem- odpowiedziałem więc spokojnie.
-Dlaczego mnie tu ściągnąłeś, Mitch…?- zapytał niespodziewanie Andy, a ja spojrzałem na niego ze zdumieniem.- Mówiłeś już dużo różnych rzeczy, mówiłeś, że to dla mojego dobra, że chciałeś mi pomóc i że nie jesteś mną zainteresowany, ale przynajmniej to ostatnie jest oczywistą nieprawdą. Byłeś mną zainteresowany od samego początku. Chcę więc wiedzieć po co to wszystko. Dlaczego mnie tutaj zabrałeś i udawałeś, że nie chodzi ci o seks. Powiedz mi prawdę- dodał stanowczo.- Muszę wiedzieć.
On potrzebował poczucia stabilności. A to trudno było zbudować na nawet najbardziej subtelnym kłamstwie.
-Kiedy się tutaj pojawiłeś… W dniu moich urodzin…- zacząłem, zastanawiając się dobrze nad każdym słowem, które miałem zamiar wypowiedzieć. Rudzielec skinął głową, przyglądając mi się z uwagą i wyczekiwaniem.- Zaintrygowałeś mnie. Wtedy sam nie do końca to rozumiałem. Wydawałeś mi się bardzo… interesujący… piękny.- Andy przewrócił oczyma, uśmiechając się lekko. Chyba takiego właśnie wyjaśnienia się spodziewał.- Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek jeszcze cię zobaczę, ale tak się stało… Gdy zrozumiałem, że mieszkasz w tamtym obskurnym miejscu, że masz problemy, chciałem coś z tym zrobić. Jakoś ci pomóc. Naprawdę- dodałem stanowczo, widząc, że powątpiewa w moje słowa.- Nie zabrałem cię tutaj w żadnym niecnym celu. Owszem, różne rzeczy przychodziły mi do głowy, ale tam też zostawały. Nie sądziłem, byś kiedykolwiek zwrócił na mnie uwagę. Nasze wspólne mieszkanie… Czysto platoniczne relacje… Taki układ też mi odpowiadał. I jeśli zechcesz do niego wrócić… Zrozumiem.
Andy parsknął śmiechem.
-Jeszcze czego, Mitch- rzucił pobłażliwie.- Omal nie wyszedłem z siebie, by w końcu cię uwieść, miałbym teraz niweczyć własne wysiłki…?- zażartował. Uśmiechnąłem się lekko, widząc, że wraca mu humor.- Wiesz, gdy spotkałem cię po raz pierwszy, sądziłem po prostu, że ktoś dostał bardzo nietrafiony prezent. Wydawałeś się spoko kolesiem, byłeś miły, dałeś mi się najeść, napić, dałeś mi nawet swoją kurtkę. Później jednak spotkałem cię po raz kolejny i pomyślałem, że trafiłem na jakiegoś maniaka. Że mnie śledzisz i w ogóle. Zacząłeś mnie zagadywać, bredzić coś o pomocy, nie miałem pojęcia czego chcesz, nie bardzo miałem ochotę, by to sprawdzać, ale w sumie byłem pod ścianą… Właściwie to dlatego w ogóle się zgodziłem, by tu przyjść, choć wciąż trochę się bałem. Cały czas byłeś taki strasznie nerwowy, wydawało mi się, że czekasz na okazję, żeby mnie poćwiartować albo coś w tym stylu- zachichotał.- Ale później zdałem sobie sprawę, że ty zawsze jesteś nerwowy. Nie rozumiem dlaczego. Masz wszystko. Wszystko. Pracę, której nie chcesz. I pieniądze. Nawet to mieszkanie, choć nie jest najlepsze, na jakie byłoby cię stać. A mimo to, dajesz sobą pomiatać. Dajesz się traktować jak nikt, chociaż jesteś kimś.
-… Bo nie czuję, żebym miał wszystko- przyznałem szeptem.
A przynajmniej nie czułem tego do tej pory. Dopiero wczorajszego wieczora, gdy usłyszałem, jak odpowiada na moje wyznanie… Wtedy przez krótką chwilę miałem wrażenie, że tak właśnie jest. Że miałem wszystko, o czym mogłem marzyć.
-Ale tak jest!- stwierdził stanowczo Andy.- Wiesz ilu spotkałem takich ludzi jak ty…? Wbrew pozorom – sporo. Mających kasę i dobry zawód… Myślisz, że którykolwiek z nich zachowywał się tak jak ty…? Chodzą po klubach, wyszukując takich jak ja, chłopaków i dziewczyn, spici i spasieni jak świnie, nie obawiając się niczego i nikogo, a ty smucisz się, gdy mówię w żartach, że jesteś stary…- rzucił, kręcąc z niedowierzaniem głową.- Nie wyglądasz staro. Jeśli nie ubierasz się tak jak zwykle, ale nawet gdy ubrania dodają ci wieku i tak nie jest z tobą źle. Jest dobrze. Jesteś interesujący. Masz ładne oczy. I włosy. Mój ojciec w twoim wieku był już prawie łysy. To chyba nie wróży zbyt dobrze mnie…- mruknął, marszcząc brwi w śmieszny sposób.- Ach i nie jesteś pedofilem. Mogę to mówić w żartach, ale to nieprawda. Mam szesnaście lat. Mogę legalnie uprawiać seks z kimkolwiek zechcę. Po prostu, jak wielu facetów, wolisz młodsze. Młodszych. Bardzo młodszych, w twoim przypadku, ale jeszcze nie nielegalnie młodszych, więc wszystko gra.
Przysłuchiwałem się jego słowom kompletnie zaszokowany, nie będąc w stanie w żaden sposób na nie zareagować, nie licząc rumieńca, jaki bez wątpienia zagościł na mojej twarzy. Nie wiem, jak on to robił… Nie wiem jak to robił, że jedną wypowiedzią, ledwie paroma zdaniami, był w stanie odpowiedzieć na wszystkie moje wątpliwości i obawy, podnieść mnie na duchu i sprawić, że czułem się choć odrobinę pewniej niż zwykle. Czytał ze mnie jak z otwartej księgi. Widział więcej, niż ja byłem w stanie przyznać, nawet przed samym sobą. Może gdybym był z nim szczery od samego początku, szybciej by mi zaufał, zamiast podejrzewać mnie o złe intencje.
Teraz jednak, gdy w końcu osiągnąłem to, na czym od początku mi zależało, zamierzałem uczynić wszystko, by tego nie popsuć.

Stałem w łazience przed lustrem, dopinając guziki koszuli, którą kupiłem kiedyś za namową rudzielca podczas naszych wspólnych zakupów. Gdy tylko skończyłem i zerknąłem na swoje odbicie, nie mogłem powstrzymać się od parsknięcia śmiechem. Pewnie w normalnych warunkach po prostu westchnąłbym ciężko rozdrażniony własnym, kompletnie nieatrakcyjnym, wręcz marnym widokiem, ale dziś postanowiłem mniej przejmować się takimi szczegółami i chyba po raz pierwszy nawet mi to wychodziło. Owszem, nie da się ukryć, wyglądałem marnie. Miałem na sobie jeszcze jasne dżinsy, które rzadko ubierałem i pewnie musiałem sprawiać wrażenie faceta w średnim wieku, który za wszelką cenę stara się zrobić z siebie nastolatka. Nie robiłem tego jednak dla siebie, ani tym bardziej dla obcych ludzi, ale dla Andy’ego. A poza tym… Na dworze było zimno. I tak ubiorę płaszcz, więc przynajmniej tej najbardziej wstydliwej, górnej części garderoby, nie będę musiał prezentować szerszemu gronu.
Doszedłszy do tego optymistycznego wniosku, opuściłem łazienkę, by następnie skierować się do sypialni. Uchyliłem drzwi i wszedłem ostrożnie do pomieszczenia, zatrzymując się w pobliżu łóżka, na którym siedział Andy, ze znudzeniem przeglądając jedno z moich fachowych czasopism. Gdy tylko pojawiłem się w pokoju, podniósł na mnie wzrok.
-Wow, Mitch…- rzucił, unosząc brew i mierząc mnie uważnym spojrzeniem. Uśmiechnął się lekko, sprawiając wrażenie na wpół zdziwionego, na wpół rozbawionego moją tymczasową metamorfozą.- Cóż to za zmiana…
Ja również się do niego uśmiechnąłem.
-Pomyślałem, że… moglibyśmy wybrać się do kina- zaproponowałem po chwili wahania.
Rudowłosy wyglądał na zaszokowanego tą sugestią. Nic dziwnego, zdecydowanie nie przepadałem za podobnymi wyjściami, zawsze byłem domatorem i wolałbym zostać z Andy’m tutaj, ale wiedziałem, że on potrzebuje podobnych wypadów. Był młody i energiczny. Siedzenie w domu musiało go strasznie nużyc i z pewnością dawało wiele czasu na wracanie myślami do przeszłości.
-Mówisz serio…?- dopytał niepewnie. Skinąłem głową, nie przestając się uśmiechać.- Nie wstydzisz się, że ktoś nas razem zobaczy…? Wiesz, to nie jest nielegalne, ale nie zmienia faktu, że źle widziane…
-Myślę, że wymówka z synem lub bratankiem będzie adekwatna- odparłem jedynie, choć ta kwestia również odrobinę mnie niepokoiła.
Rudowłosy zachichotał.
-Jasne, tylko najpierw poinformuj mnie która, żebym wiedział, czego mam się trzymać… A poza tym, co jeśli zechcę cię pocałować…?- rzucił zaczepnie.
Poczułem, że się rumienię. Odkaszlnąłem cicho, nie rezygnując jednak z odpowiedzi:
-W kinie jest ciemno… Myślę, że nikt nie zauważy… Zwłaszcza, jeśli usiądziemy tam, gdzie jest mało ludzi… Z tyłu…
-Z tyłu?- parsknął litościwie Andy.- Z tyłu zawsze są tłumy! Usiądźmy z przodu. I na co my właściwie idziemy…?
-Nie mam pojęcia. Nie wiem nawet, co grają. Zdecydujesz na miejscu.
-Ja?- zdziwił się rudzielec. Skinąłem głową. Czułem ulgę i radość widząc, jak bardzo podekscytowany jest wizją naszego wyjścia. Ten dzień zaczął się fatalnie, ale wyglądało na to, że skończy się zupełnie inaczej.- Naprawdę mogę…? Wiesz, Mitch, nie znam się na tych wszystkich poważnych filmach… Na dramatach i romansach zasypiam… Moglibyśmy obejrzeć jakąś komedię, byle ciekawą. Albo horror! Co powiesz na horror, Mitch…?
-Czemu nie- odpowiedziałem nadzwyczaj spokojnie, choć poczułem nutkę niepokoju na myśl o spędzeniu „romantycznych” dwóch godzin na oglądaniu duchów i potworów. Takie filmy niespecjalnie mnie przerażały, ale niektóre z nich były naprawdę makabryczne.
-Serio…?- zachichotał Andy.- Będziesz mnie całował, oglądając kątem oka podziurawione, żywe trupy…?
Zaśmiałem się lekko.
-Cokolwiek zechcesz- odparłem jedynie.
Rudzielec uśmiechnął się figlarnie.
-Zapamiętam te słowa.

Ostatecznie nie wybraliśmy się na horror, bo żadnego nie grali, ale na jakiś film akcji. Nie było to kino najwyższych lotów, więcej było w nim efektów specjalnych niż dialogów czy rzeczywistej fabuły, ale mimo wszystko podobał mi się. Może dlatego, że podobał się Andy’emu, a to wystarczało w zupełności, by zadowolić i mnie. Po wszystkim wybraliśmy się do kawiarni na słodki deser, a że rudzielec wciąż był głodny, wstąpiliśmy także do fast foodu, choć ja nie miałem sił wcisnąć w siebie niczego więcej prócz paru frytek, więc mój zestaw również przypadł w udziale chłopakowi, który chyba w końcu się nasycił. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, iż wszystko potoczy się tak dobrze. Spędziłem z Andy’m wspaniałe chwile i szczerze mówiąc, nie mogłem się już doczekać, aż ponownie zorganizujemy sobie podobne wyjście. Rudzielec świetnie się bawił. Był pogodny, radosny i zwyczajowo prowokujący. Zupełnie inny niż tego ranka. Sprawiał wrażenie, jakby już nic go nie trapiło, jakby wszystkie troski i zmartwienia w jednej chwili zniknęły, choć zdawałem sobie sprawę, że to niemożliwe. A ja… A ja czułem się przy nim swobodnie. Więcej. Pewnie. Nie byłem już równie spięty, co zwykle. Z początku, owszem, martwiłem się, że ktoś może na nas patrzeć, że zwracamy na siebie uwagę i że najzwyczajniej w świecie nie nadaję się na podobne wypady, a chłopak pewnie zanudzi się w moim towarzystwie na śmierć, ale stopniowo zapominałem o tym wszystkim i po prostu starałem się dotrzymać rudowłosemu kroku.
Gdy wróciliśmy do domu było już po dwudziestej drugiej. Zdjąłem buty i kurtkę, po czym zaczekałem, aż chłopak zrobi to samo, by odwiesić nasze wierzchnie odzienia na wieszak.
-Jak zimno!- mruknął Andy, obejmując się ramionami i drżąc lekko.- Rany, kiedy na dworze zrobiła się taka ślizgawica…? Gdy wychodziliśmy było całkiem w porządku…
-Cóż…- rzuciłem, uśmiechając się lekko.- Zbliża się zima.
-Jeśli mnie pytasz o zdanie, Mitch, sądzę, że już tu jest…- stwierdził chłopak, po czym zbliżył się do mnie, spoglądając mi prosto w oczy. Na jego wargach zagościł zadziorny uśmieszek.- Na pewno jednak możesz zrobić coś, by nie rozgrzać..
-Mogę zrobić herbatę- zaproponowałem z nutką rozbawienia.
Rudzielec zachichotał cicho.
-Liczyłem, że zaproponujesz coś innego…- odparł z teatralnym rozczarowaniem, po czym oparł dłonie na moich ramionach i uniósł się odrobinę na palcach.
Nie potrzebowałem lepszej zachęty i moment później nasze wargi złączyły się ze sobą. Pocałunek, jaki złożyłem na ustach rudowłosego był stosunkowo delikatny, ale odpowiedź Andy’ego okazała się być diametralnie inna – żarliwa i stanowcza. Jego język wsunął się do wnętrza moich ust. Palce zsunęły się z ramion i dotarły do guzików koszuli, rozpinając kolejno każdy z nich, by ostatecznie przemknąć po moim odsłoniętym torsie. Naparł na mnie całym ciałem, dociskając do ściany. Jęknąłem mimowolnie wprost w jego wargi, nie przerywając pocałunku. Moje dłonie przesunęły się po plecach rudzielca i zacisnęły na jego pośladkach, po czym zaczęły masować je niespiesznie przez szorstki materiał dżinsów.
-Niegrzeczny, Mitch…- szepnął chłopak, gdy tylko oderwał się od moich ust, rozpalając mnie do białości.
Objąłem go mocno w pasie i ponownie wpiłem się w jego wargi, tym razem mocniej i śmielej niż poprzednim razem. Nasze języki splotły się ze sobą. Rudzielec przycisnął się do mnie kurczowo, a moment później cofnął się o kilka kroków w głąb mieszkania, wciąż całując mnie zachłannie i chyba zmierzając do jakiegoś przytulniejszego miejsca, co zdecydowanie było rozsądnym pomysłem.
Do sypialni dotarliśmy właściwie po omacku, nie tylko przez to, że żaden z nas nie wpadł na pomysł włączenia świateł, ale głównie dlatego, że trudno było mi się skupić na czymkolwiek poza gorącymi wargami chłopaka i jego ciałem, tak blisko mojego. Poza tym, że parę razy poobijaliśmy się o ściany i chyba zahaczyłem o coś w salonie, nic poważnego się nie zdarzyło. Gdy tylko przekroczyliśmy próg pomieszczenia, rudowłosy odsunął się ode mnie i czmychnął na łóżko. Zapaliłem lampkę, by mieć lepszy ogląd całej sytuacji i klęknąłem na posłaniu. Chwyciłem Andy’ego za biodra, przyciągając go bliżej siebie. Chłopak zachichotał cicho.
-Ktoś tu nabrał odwagi…- szepnął prowokująco.
Uśmiechnąłem się do rudzielca, nim moje usta znalazły się na jego szyi. Wodziłem nimi po całej jej długości, całując i okazjonalnie podszczypując zębami skórę Andy’ego. Zamruczał z zadowoleniem. Podniosłem się odrobinę, po czym rozpiąłem jego spodnie i zsunąłem je z niego wraz z bielizną. Podwinąłem jego sweter i zacząłem całować brzuch, podbrzusze i uda, wysłuchując jego rozkosznych westchnień, a później… A później ostrożnie, kompletnie pozbawiony pewności co do tego, co zamierzałem zrobić, ucałowałem czubek jego męskości.
Rudowłosy podniósł się na przedramionach, spoglądając na mnie z wyraźnym zaskoczeniem.
-No proszę…- skomentował mój czyn, uśmiechając się figlarnie.- Ktoś tu zdecydowanie nabrał powagi… Chcesz mi obciągnąć?- zapytał.
-Ja… Nigdy tego nie robiłem- przyznałem, sam nie bardzo wiedząc, czy rzeczywiście chcę.
-To nic trudnego- odparł swobodnie.- Po prostu weź go do ust. To twój pierwszy raz, więc niezbyt głęboko. Spróbuj.
… Szczerze mówiąc, nigdy w życiu nie wyobrażałem sobie siebie w podobnej pozycji. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym robić coś podobnego drugiemu mężczyźnie. Dopóki nie spotkałem Andy’ego, nawet się nad tym nie zastanawiałem. To było kompletnie abstrakcyjne i dziwaczne, ale teraz… Teraz zrobiłbym chyba wszystko, żeby sprawić mu przyjemność. Wsunąłem jego męskość pomiędzy wargi. Na początku ledwie jej czubek, później nieco więcej. Ssałem ją i lizałem, dostosowując się do instrukcji rudzielca. Czasem przerywałem, by pieścić językiem całą długość trzonu jego członka i mosznę, po czym wracałem do poprzedniej czynności, z każdą chwilą czując się mniej zakłopotany całą sytuacją. Cudownie było wsłuchiwać się w przyspieszony oddech chłopaka, jego miarowe westchnienia i wypowiadane coraz słabszym głosem polecenia.
-Czekaj!- rzucił w pewnym momencie Andy.- Czekaj, Mitch, ja… Ja zaraz dojdę… Dokończ ręką…
Tak też zrobiłem. Moment później rudzielec skończył z głośnym jękiem. Spojrzał na mnie, oblizując wargi.
-Kto by się spodziewał, Mitch…- szepnął zadziornie.- Kto by się spodziewał…
Nim zdążyłem zrobić cokolwiek więcej, wyślizgnął się z moich ramion i podniósł z łóżka.
-Weź wszystko, co trzeba i spotkamy się pod prysznicem…- rzucił pogodnie, nim czmychnął w kierunku łazienki.
Zagryzłem wargę w figlarnym uśmiechu.
Ten dzień zaczął się fatalnie.
Ale miał skończyć tak, jakby nigdy nie było między nami lepiej.

sobota, 21 grudnia 2013

§ 20 § [YFM]

Od tamtych wydarzeń minął prawie rok. Dokładnie, nieco ponad dziewięć miesięcy. Pierwszy z nich był bez wątpienia najgorszy – atmosfera, jaka panowała w niedużej chatce była tak nieprzyjemna i pełna napięcia, że ledwie możliwa do zniesienia Z pewnością był to czas, gdy obaj jej mieszkańcy potrzebowali przestrzeni, a w ciasnocie czterech ścian było o nią trudno. Absalom cierpiał. Dręczyły go wyrzuty sumienia i poczucie winy. Nie mógł przestać myśleć o Basfie. Zapomnieć jego rozpaczliwych krzyków. Zapomnieć o okrucieństwie, do jakiego posunął się Mortalis. I o własnej bierności. Z drugiej strony, ciężko było mu z własnymi pretensjami wobec opiekuna. Starał się sobie wytłumaczyć jego działania i wiedział, że ten w pewnym sensie miał rację i próbował ich chronić, choć to wcale nie ułatwiało to młodzieńcowi spojrzenia mu w oczy. Mortalis. Opiekun. Kochanek. Morderca. Kiedyś wydawało mu się, że jest w stanie odróżnić od siebie wszystkie te słowa, a zwłaszcza ostatnie z nich, a teraz zlewały się one w jedno. Absalomowi coraz trudniej było postrzegać mężczyznę w taki sposób, jak czynił to do tej pory. Jego uczucia się nie zmieniły. Po prostu stopniowo zaczynał dostrzegać własną naiwność. Rozumieć, że widział opiekuna takim, jakim pragnął go widzieć. Teraz jednak musiał zostawić pozory i marzenia w swoich ulubionych opowieściach. Chciał zrozumieć człowieka, którego kochał. Odkryć go tak naprawdę.
Mortalis musiał czuć się niczym uwięziony w klatce. Nic dziwnego, rzeczywiście był w potrzasku. Nie chciał zostawić Absaloma tutaj, a tym bardziej nie chciał, by wyruszał wraz z nim. Miotał się, już nawet nie ponury, ale wściekły i milczący, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Ucieczka Golvana nakłoniła go do nocnej wizyty w mieście. Poszedł wówczas porozmawiać z Edalisem. Młodzieniec nie wiedział dokładnie, czego dotyczyła ich dyskusja. Podejrzewał jedynie, że przywódcy handlarzy, choć jego opiekun mógł też poprosić właściciela gospody o to, by ten skłonił Absaloma do tymczasowej przeprowadzki. Biorąc pod uwagę, że Edalis znów zaczął go do tego żarliwie namawiać, było to bardzo prawdopodobne. Mortalis musiał jednak znać swojego podopiecznego na tyle, by wiedzieć, że mimo delikatności, potrafił być uparty, a ta sprawa była dla niego tak ważna, że nie zamierzał ustąpić.
W kolejnych miesiącach wszystko zaczęło się powoli uspokajać i wracać do normy. Nie wydarzyło się nic, co mogłoby wzbudzić ich obawy. Mortalis wciąż był czujny i ostrożny, ale już nie pełen napięcia. Absalom powoli pogodził się z tamtą sprawą. Ich relacje zaczęły układać się tak, jak wcześniej. Młodzieniec wciąż trenował, czasem sam, czasem pod okiem opiekuna i uzyskiwał coraz lepsze rezultaty. Oprócz tego, intrygował go płaszcz Mortalisa… Tamtego dnia, mężczyzna chyba poszedł go szukać właśnie z tego powodu. Później chłopak przyznał się, że wziął go bez pytania i przeprosił, nie wspominając o tym, co zdarzyło się podczas jego ucieczki. Opiekun nie wydawał się być zdenerwowany, choć przyglądał się podopiecznemu z uwagą, jakby coś go zastanawiało, później jednak o nic nie dopytywał i nie drążył tematu. Absalom zdecydował się na dokładnie to samo, nie chcąc wzbudzać podejrzeń, choć był ciekaw, skąd Mortalis wziął coś tak niezwykłego. Niewątpliwie i bez tego odzienia był doskonałym wojownikiem, ale wraz z nim… Nic dziwnego, że uchodził za najlepszego w swoim fachu, skoro mógł się, niezauważony, dostać niemalże wszędzie.
Przez te kilka miesięcy, choć niewiele zmieniło się pod względem funkcjonowania mężczyzn, oni sami przeszli powolną przemianę. Mortalis przez większość czasu wciąż był ponury, rzadko się odzywał i coś niewątpliwie napawało go niepokojem, ale wydawało się, że pod wpływem obecności chłopaka nieco odżywał. Czasem się uśmiechał. Rzadziej spędzał dni samotnie, zamknięty w swojej pracowni, częściej zaś poświęcał czas podopiecznemu. Absalom również się zmienił. Zmieniła się jego mentalność, postrzeganie niektórych spraw, nie radykalnie i nie na tyle, by dało się od razu dostrzec różnicę, ale niewątpliwie nie był już tym samym zagubionym, naiwnym młodzieńcem, co wcześniej. A przynajmniej chciał tak sądzić. Zmieniło się też jego ciało. Trudno powiedzieć, czy miało to związek wyłącznie z treningami, czy wynikało z tego, że wciąż dojrzewał, ale stało się ono mniej chłopięce, a bardziej męskie. Mocniej umięśnione i silniejsze niż wcześniej. Nawet Edalis przyznał, że Absalom zmężniał, a ten nie posiadał się z radości, gdy to usłyszał. Zdecydowanie wolał siebie takiego. Czuł się pewniejszy. I… chyba bardziej atrakcyjny, choć wcześniej nie zdarzało mu się myśleć o sobie w takich kategoriach. Mortalis nigdy nie skomentował żadnych zmian, jakie zaszły w jego wyglądzie, choć niewątpliwie musiał je zauważyć. Być może nie zwracał na nie uwagi, albo zwyczajnie nie robiły mu one żadnej różnicy.
-Możesz zaczynać- obwieścił spokojnie chłopak.
Siedział na brzegu łóżka, jego opiekun zaś, tuż za jego plecami. Mężczyzna trzymał w prawej dłoni nieduże ostrze, drugą zaś przeczesywał niespiesznie długie włosy młodzieńca, które lada chwila miały zostać obcięte.
-Jesteś pewien…?- dopytał cicho ciemnowłosy.
Absalom nie musiał się nad tym zastanawiać. Skinął głową i obwieścił gotowość pogodnym pomrukiem, po czym przymknął powieki, czekając aż jego opiekun przejdzie do działania. Czuł, jak palce mężczyzny gładzą kosmyki jego włosów. Słyszał jego powolny oddech. To wszystko trwało długo. Zbyt długo. Przynajmniej kilkanaście minut, nim zaskoczony młodzieniec obejrzał się w stronę Mortalisa, zastanawiając się, dlaczego ten jeszcze nie uczynił co zamierzał.
-Na pewno chcesz je obciąć...?- zapytał po raz kolejny mężczyzna.
Absalom uśmiechnął się lekko.
-Na pewno- odparł z pełnym przekonaniem.
Mortalis znowu umilkł na dłuższą chwilę.
-… W niektórych kulturach włosy świadczą o sile wojownika- odezwał się w końcu.
-A w mojej po prostu pchają się do oczu- odpowiedział młodzieniec, po czym zachichotał.- I tak nie zamierzałem zapuszczać ich aż tak bardzo, już wcześniej były niepraktyczne, a teraz po prostu mi przeszkadzają. Nigdy nie mogę ich związać tak, żeby się trzymały. Dekoncentrują mnie podczas treningów.
Mortalis również miał długie włosy, ale on radził sobie z tymi kwestiami znacznie lepiej i najwyraźniej w żaden sposób mu one nie przeszkadzały. Dla Absaloma zaś stanowiły jedynie problem i realne ograniczenie. Nie był do nich szczególnie przywiązany, więc nie miał żadnego powodu, by się wahać lub później żałować swojej decyzji. Paradoksalnie, to jego opiekun wydawał się mieć z tym większy problem.
-… Lubisz moje włosy, prawda?- rzucił młodzieniec z nutką rozbawienia. Nigdy nie spodziewał się, że Mortalis mógłby odczuwać sentyment względem czegoś takiego.
-Po prostu sądzę, że do ciebie pasują- wyjaśnił krótko mężczyzna.- Choć z krótkimi z pewnością również będzie ci do twarzy. Więc jesteś pewien…?- zapytał po raz ostatni.
Absalom zaśmiał się lekko.
-Całkowicie.
Moment później było po wszystkim. Mortalis wręczył podopiecznemu długi, gruby pęk jego własnych włosów, nim zaczął wyrównywać to, co z nich pozostało. Absalom uśmiechnął się do siebie mimowolnie, oglądając jasnobrązowe pasma w dłoni. Ścisnął je mocniej palcami, nie potrafiąc okiełznać wyobraźni, w której znowu zagościły obrazy z jego najbardziej lubianych historii. W nich, takie momenty zawsze były ważne. Przełomowe. Młodzieniec chciał, by tak było i tym razem. Zamierzał traktować to niczym coś w rodzaju rytuału wejścia w dorosłość. Nie chciał być już postrzegany jak dziecko i stanowić obciążenia. Zamierzał być dla Mortalisa równym partnerem. Kimś godnym stania u jego boku i zdolnym, by samemu radzić sobie z własnymi problemami. Kimś wartościowym. Godnym zaufania i szacunku.
… Kimś, kto był w stanie odmienić Mortalisa.
I na zawsze odciąć go od strasznej przeszłości.

-Więc… Jak wyglądam…?- rzucił Absalom, stając w progu mniejszego z pomieszczeń.
Było już dość późno, zdążył się przebrać do snu, wiec miał na sobie jedynie luźne spodnie. Na jego policzkach zagościł lekki rumieniec, gdy dostrzegł, że wzrok siedzącego na podłodze Mortalisa przemknął wzdłuż jego nagiego torsu, zatrzymując się na nim na krótką chwilę, nim w końcu spoczął na twarzy młodzieńca.
-Dobrze- odpowiedział spokojnie jego opiekun.- Jak już mówiłem, do twarzy ci.
Chłopak uśmiechnął się lekko. Mógł obejrzeć swoje odbicie jedynie w tafli wody, ale i tak miał wrażenie, że w nowej fryzurze prezentował się korzystniej niż wcześniej. Mortalis miał precyzyjną rękę i obciął go bardzo równo.
-Kończysz już…?- zagadnął mężczyznę po chwili wahania.
-Za chwilę- odparł lakonicznie opiekun młodzieńca.
Absalom skinął głową, po czym wrócił z powrotem do izby, przymykając drzwi do pracowni mężczyzny. „Chwila” Mortalisa nie zawsze była „chwilą” dla jego podopiecznego, ale dziś chłopak nie zamierzał zasypiać bez ciemnowłosego u swojego boku. Właściwie mając go u boku również nie zamierzał zasypiać. Cóż, przynajmniej nie od razu… Zachichotał cicho i podszedł do łóżka, by poprawić pościel. Uwielbiał być z kochankiem blisko, choć czasami czuł się skrępowany, bo zwykle to on wszystko inicjował. Mortalisowi jednak również się to zdarzało, ostatnimi czasy coraz częściej, a to chyba można było uznać za dobry znak.
W pewnym momencie usłyszał za sobą ciche kroki. Pewnie w normalnych warunkach nie miałby szans zwrócić na nie uwagi – jego opiekun poruszał się niemalże bezszelestnie, ale odkąd ze sobą trenowali, Absalom musiał stać się bardziej wyczulony na tym punkcie. Mężczyzna przystanął tuż za plecami młodzieńca. Ten wyprostował się powoli. Chłodne, szorstkie palce Mortalisa przemknęły wzdłuż jego kręgosłupa, by w którejś chwili zboczyć z jego linii na bok i natrafić na stosunkowo głęboki, dobrze widoczny, ślad. Łatwo wyczuwalną skazę na skórze chłopaka, znajdującą się mniej więcej na wysokości jego bioder. Pamiątkę po jednym z ich wspólnych treningów.
-Przepraszam- rzucił cicho mężczyzna.- Zareagowałem zbyt wolno, ale zrobiłeś coś, czego się nie spodziewałem…
-To chyba dobrze?- podchwycił natychmiast młodzieniec.
-Byłoby dobrze, gdyby pozwoliło ci to uniknąć ataku, a nie dać się zranić.
Cóż. Trudno było odmówić opiekunowi racji, choć z drugiej strony Mortalisa tak trudno było czymkolwiek zaskoczyć, że sam fakt, iż w ogóle się to zdarzyło, należało uznać za powód do dumy.
… Nawet jeśli zaskoczyło się go kompletnym brakiem rozsądku.
-To nic- odparł pogodnie Absalom.- Lubię tę bliznę. W ogóle lubię blizny. Wszyscy dobrzy wojownicy je mają. Ty także…- dodał, a przez twarz mężczyzny przemknął wyraźny cień. Mortalis zapewne nie lubił, gdy się mu o tym przypominało. Choć zapomnieć również było trudno, biorąc pod uwagę to, jak wyglądał. Jednak chłopak nie mówił tego w żadnym złym kontekście, ale z podziwem. Pomijając tamtą noc, gdy opiekun go znalazł, nie było takiej chwili, by wygląd Mortalisa go przerażał, a już tym bardziej budził w nim odrazę.- To powód do dumy. Przypominają o stoczonych walkach.
… W tym konkretnym przypadku, o wyjątkowo głupim zachowaniu, które w starciu z kimkolwiek innym i wolniej reagującym, mogłoby się skończyć znacznie gorzej, ale Absalom był pewien, że nie tej wersji będzie się trzymał przy ewentualnym snuciu opowieści. Co prawda póki co nie miał ich komu snuć, więc zwyczajnie wyobrażał sobie, iż kiedyś nadejdzie taki dzień.
-Nie tylko- mruknął ponuro mężczyzna.- A ja nie jestem dobrym wojownikiem, tylko mordercą.
… Już nie – szepnął w myślach Absalom. Ani myślał pozwolić opiekunowi wrócić do dawnego zajęcia.
-Nie możesz być jednym i drugim?- zapytał na głos.- To znaczy… Musisz być dobrym wojownikiem, skoro tak sobie radzisz, poza tym ćwiczę z tobą, więc coś o tym wiem. Nie sądzę, bym kiedykolwiek był ci w stanie dorównać.
-Wszystkie te określenia nie mają większego znaczenia…- stwierdził cicho Mortalis.- Liczą się tylko dla ludzi, którzy się nimi posługują. Nie będą oni nazywać mordercy „dobrym wojownikiem”, bo zbyt dobrze się to kojarzy, a jednocześnie jest przerażająco prawdziwe. Wolą widzieć całokształt. Jestem więc mordercą.
-Nie dla mnie- odpowiedział stanowczo młodzieniec.
-Bo ty się nie boisz.
Absalom odwrócił się powoli w stronę opiekuna, stając z nim twarzą w twarz.
-A powinienem…?- zapytał niemalże prowokująco.
Ciemne oczy mężczyzny wpatrywały się w podopiecznego z taką intensywnością, że ten niemalże zadrżał. Odruchowo zwilżył wargi językiem czując, jak w jego lędźwiach narasta podniecenie i z trudem powstrzymując się przed tym, by wpić się w usta opiekuna. Nie musiał jednak opierać się własnemu pragnieniu. To Mortalis go pocałował. Powoli i stosunkowo subtelnie. Absalom uwielbiał, gdy ten całował go w ten sposób, choć sam był zbyt niecierpliwy, by utrzymać tempo. Jego usta napierały na wargi mężczyzny bardziej żarliwie i nieco chaotycznie. Młodzieniec miał spory problem w tym, żeby kontrolować się w jego obecności. Ramiona Mortalisa zacisnęły się wokół jego pasa. Sprowadziły go na łóżko, na którym już po chwili leżeli obaj, spleceni ze sobą ciasno, wciąż całując się namiętnie. Absalom pospiesznie zsunął z siebie spodnie. Skopał je gdzieś na bok, nie poświęcając im już najmniejszej uwagi. Za każdym razem obiecywał sobie, że gdy będą ze sobą po raz kolejny zachowa odrobinę więcej cierpliwości i będzie tak opanowany, jak jego opiekun, ale gdy przychodziło co do czego, nie potrafił się powstrzymać. Chciał czuć dotyk mężczyzny na swoim ciele, wszędzie, gdzie tylko było to możliwe, teraz, natychmiast. Wargi ciemnowłosego przeniosły się na szyję chłopaka. Palce błądziły po jego plecach, zsuwając się stopniowo niżej, na jego pośladki. Absalom jęknął mimowolnie, zagryzając wargę. Odruchowo otarł się sztywną męskością kilkukrotnie o udo opiekuna. Chciał go poczuć właśnie w tamtym miejscu. Mortalis przewrócił młodzieńca na plecy. Sam zawisł nad nim i przez chwilę patrzył wprost w jego oczy, nim ponownie wpił się w jego wargi. Chłopak zsunął z opiekuna dolną część garderoby na tyle, by wyswobodzić jego członka, którego następnie zaczął stymulować dłonią. Cichy jęk wyrwał się z ust mężczyzny, a jego palce przemknęły najpierw po zewnętrznej, a następnie wewnętrznej części uda chłopaka, by wreszcie zacisnąć się na jego męskości. Ich wzajemnym pieszczotom akompaniowały bezwstydne westchnienia i jęki, aż do momentu, gdy szczytowali obaj, jeden po drugim.
Po wszystkim wciąż leżeli w tym samym miejscu, wtuleni w siebie ciasno. Pomieszczenie było ciepłe i jasne, oświetlone płomieniami porozstawianych w nim świec. Budziło w Absalomie poczucie bezpieczeństwa, podobnie jak ściskające go mocno silne ramiona. Zawsze kochali się ze sobą w ten sposób. Młodzieńcowi to odpowiadało, choć niekiedy przychodziły mu do głowy różne inne… pomysły. Czasem wyobrażał sobie, że posuwa się do znacznie śmielszych rzeczy, że całuje Mortalisa w miejsca, w jakie dotąd całować się go nie odważył., że pieści ustami jego męskość. Albo że Mortalis robi to jemu. Już sama myśl sprawiała, że robiło mu się gorąco i dostawał dreszczy. Nigdy nie odważył się jednak niczego podobnego zaproponować, a tym bardziej doprowadzić do skutku. Wydawało mu się to zbyt… nieodpowiednie. Opiekun wciąż bardzo go onieśmielał, a on nie miał w tych sprawach żadnego doświadczenia, nie wiedział więc, czy w ogóle wypadało robić podobne rzeczy.
-Wiesz…- zaczął po długiej chwili ciszy, chcąc podzielić się z mężczyzną pewnym wnioskiem, który przyszedł mu do głowy już jakiś czas temu. - To… No… Seks…- odkaszlnął cicho, rumieniąc się wyraźnie. Mortalis przeniósł na niego uważne spojrzenie.- Chodzi mi o to, że on jest… To znaczy… Między mężczyznami… Wydaje mi się, że jest jakby… czystszy. I… I bardziej estetyczny. Od tego z kobietami. Tak sądzę- dokończył, odkaszlnąwszy raz jeszcze.
Dziwne. Uprawianie seksu z opiekunem zdecydowanie nie krępowało go tak bardzo, jak rozmawianie z nim o tym.
-Skąd ten pomysł…?- zapytał Mortalis, sprawiając wrażenie nieco zdziwionego tą konkluzją.
-No bo… Kobiety… Widziałem nagą kobietę- wyjaśnił, coraz mocniej zawstydzony, czerwieniąc się jeszcze bardziej.- I Edalis trochę mi opowiadał, więc… Wiem… Znaczy trochę… No i wiem, że one… Że one mają… No… Coś w rodzaju… Otworu… I… Eee… Tam wkłada się… Sam wiesz… A u nas… My… To znaczy… My kochamy się inaczej. Więc… Tak, właściwie to miałem na myśli- podsumował w końcu nieco chaotycznie, woląc już nie drążyć tematu i właściwie żałując, że w ogóle go zaczął.
-Mężczyźni również mogą uprawiać seks w podobny sposób- odparł krótko ciemnowłosy.
Młodzieniec spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Niby jak…?- zapytał, marszcząc brwi. Mortalis nie spieszył się z odpowiedzią, trudno było orzec, czy w ogóle odpowiadać zamierzał, więc Absalom mimowolnie sam zaczął zastanawiać się nad jego słowami, analizując je dokładnie.- Przecież to niemożliwe…- stwierdził w końcu bez zrozumienia.- Przecież mężczyzna z mężczyzną… Przecież nie mieliby gdzie włożyć…- urwał, uświadamiając coś sobie nagle. O Stwórco… Ze świstem wypuścił powietrze z płuc, zerkając na opiekuna niemalże z przerażeniem.- Chodzi o…?
-Tak- potwierdził spokojnie mężczyzna, najwyraźniej doskonale wiedząc, do jakiej konkluzji doszedł jego podopieczny.
Absalom zamrugał z niedowierzaniem i z wrażenia aż podniósł się do pozycji siedzącej. Niewiarygodne. Więcej, wręcz szokujące! Że też coś takiego zupełnie mu umknęło… Potarł policzek, wciąż wyraźnie zakłopotany i zagryzł wargę, po czym zerknął nieśmiało na opiekuna.
-Czy to boli?- zapytał.
-Nie wiem- odpowiedział Mortalis.
Chłopak skinął głową ze zrozumieniem.
-… A czy jest przyjemne?- dopytał moment później, zaintrygowany.
-Absa. Skąd miałbym wiedzieć?
… No tak. Młodzieniec zastanowił się nad tym wszystkim raz jeszcze. To wydawało mu się… zupełnie nieprawdopodobne! Nie potrafił sobie nawet zwizualizować podobnego aktu, ale z drugiej strony… Skoro ludzie decydowali się na takie rzeczy, to raczej nie bez powodu, prawda…?
-… Chciałbyś spróbować…?- zdecydował się w końcu zapytać, na wpół zlękniony, na wpół zaciekawiony całą sprawą.
-Bez znaczenia- uciął Mortalis.
-To znaczy…?
-… Jeśli zechcesz- odpowiedział w końcu mężczyzna.- Ale nie dziś.
Absalom skinął głową. Właściwie ta odpowiedź sprawiła, że trochę mu ulżyło. Był zainteresowany, owszem, ale z drugiej strony nie zamierzał się z tym spieszyć. Wolał najpierw wszystko sobie przemyśleć i ustalić, jak to w ogóle było możliwe.

Absalom wracał z porannego treningu. Szedł powoli, z mieczem przypiętym do pasa, powłócząc nogami ze zmęczenia, raz po raz wzdychając cicho z nutką znużenia i frustracji. Naprawdę chciałby dysponować umiejętnościami, które chociażby w małej części przypominałyby te, jakimi mógł pochwalić się jego opiekun. Były takie dni, kiedy zauważał poprawę, kiedy był z siebie dumny i czuł, że jest już blisko osiągnięcia lepszych efektów, ale innymi razy zawodził na całej linii. A czasem, dodatkowo, jakby tego było mało, robił z siebie kompletnego głupka…
Gdy wyszedł spomiędzy drzew i dostrzegł, że jego opiekun siedzi przed chatką, aż jęknął głucho w duchu. Wyprostował się i przyspieszył kroku, starając się zachowywać w miarę naturalnie. Teraz już wiedział, do czego mogłyby mu się przydać długie włosy… Gdy zbliżył się do Mortalisa, machnął mu prawą dłonią na powitanie, lewą zaś, zupełnie nieudolnie, usiłował zasłonić tę samą część twarzy. Szedł tak szybko, że właściwie można by to już określić truchtem.
-Absa- głos mężczyzny zatrzymał chłopaka, gdy ten znajdował się już w progu domu.
Młodzieniec zacisnął na moment powieki.
-Tak…?- rzucił w końcu, mając jeszcze nadzieję, że Mortalis nie zauważył.
-Odwróć się.
A jednak… Absalom wziął głęboki, pełen rezygnacji oddech i powoli cofnął się o kilka kroków, stając przed opiekunem. Opuścił rękę, odsłaniając zdobiące niemalże cały jego policzek pokaźne, sino-czerwone limo. Mortalis zmarszczył brwi i podniósł się na nogi.
-Co się stało…?- zapytał, przyglądając się podopiecznemu z uwagą.
-Ja… Trenowałem…- odparł z wyraźnym wahaniem chłopak, starając się szybko wymyślić jakąś w miarę przekonującą i mniej ośmieszającą historyjkę, ale jak na złość, jego bujna wyobraźnia okazywała się zupełnie nieprzydatna akurat wtedy, gdy jej potrzebował. Nie miał żadnego pomysłu.
-Sam- zauważył jego opiekun.
-Taaak…- Młodzieniec odkaszlnął cicho, odwracając wzrok.- Ale gdy szedłem na polanę… Ja… Hm… Uderzyłem drzewo.
-Uderzyłeś…?- mruknął mężczyzna bez zrozumienia.
-Tak. To znaczy nie. To znaczy nie drzewo, tylko… Jedną gałąź. Która znajdowała się przede mną- wyjaśnił pospiesznie Absalom.- Mogłem pod nią przejść, ale… Ale jakimś cudem uznałem, że odepchnięcie jej z drogi będzie znacznie lepszym pomysłem…- dokończył ponuro, teraz mając pełną i cokolwiek bolesną świadomość, że było inaczej.- No i… Ono tak jakby mi oddało.
-… Drzewo?
-Tak. To znaczy nie całe drzewo…- sprostował raz jeszcze młodzieniec czując, że rumieni się z zażenowania.- Tylko ta konkretna gałąź. Nie zdążyłem się uchylić i… Tak. Tak właśnie. Przez moment myślałem, że straciłem oko, ale nic się nie stało, więc… Hm… Tak- dokończył kulawo.- Mogę już iść…?
Mortalis skinął głową.
-Następnym razem uważaj… Drzewa są niebezpieczne- stwierdził z absolutną powagą.
Absalom westchnął raz jeszcze i wszedł do chatki. Dopiero wtedy usłyszał dobiegające z zewnątrz, ciche parsknięcie. Coś jakby… śmiech? Nasłuchiwał jeszcze przez chwilę, ale nic podobnego już do niego nie dotarło. Przesłyszał się…? Być może. Ale jeśli nie…
Uśmiechnął się do siebie mimowolnie, od razu czując się trochę lepiej.
Jeśli nie, to właśnie z drobną pomocą pewnego drzewa, dokonał czegoś niemalże niemożliwego…